Rachunek sumienia


Za nami Wielkanoc, przed nami (miejmy nadzieję) nadejście wiosny- krótko mówiąc, idealny moment, aby uporządkować sobie pewne sprawy i dokonać głębszego wglądu w ich istotę. Tak się składa, że za tydzień minie pół roku od umieszczenia na niniejszym blogu pierwszej notki- niezobowiązującej, lekkiej, może nawet osobistej. Jubileusz skromny, niezasługujący nawet na najmniejsze upamiętnienie. Również całkiem przypadkiem w zeszły wtorek natknąłem się na TEN tekst, który w jakimś stopniu mnie poruszył, a raczej skłonił do refleksji. Jej wynikiem jest, Drogi Czytelniku, śledzona właśnie w tym momencie przez Ciebie notatka. Jeśli spodziewasz się dziś ciekawej, piłkarskiej historyjki, to będziesz musiał obejść się smakiem, bo autorowi „Gola Niedzielnego” zebrało się na smuty i odrobinę autotematyzmu.

Wpis Pana Krzysztofa Stanowskiego (podlinkowany wyżej) dotknął mnie szczerością i bezpośredniością szczególnie pod jednym względem. Z jakiś względów, problem poruszany w tymże artykule, odnoszący się do młodych adeptów dziennikarstwa, jest dla mnie bliski. Na szczęście mam go od pewnego czasu za sobą. Oderwanie się od niego zostało zresztą niejako udokumentowane pod postacią tego bloga- mojej perełki, pielęgnowanej i pieszczonej. Problem stania się (sic!) dziennikarzem sportowym nad Wisłą został przez dziennikarza Weszło! naznaczony piętnem, skrytykowany od stóp po czubek samej głowy. Nie zgadzam się w pełni ze wszystkim, co Pan Stanowski napisał, natomiast w tym konkretnym i wspomnianym już wypadku ma całkowitą rację- aby dostać się do jakiejś redakcji, „trzeba ruszyć dupę”, działać na szerszą skalę, aniżeli produkować się na łamach przeróżnych witryn internetowych w sposób czysto odtwórczy i reprodukcyjny. Nie jest to zadanie łatwe, bo znalezienie czasu na wywęszenie ciekawego tematu, obserwowanie treningów (a nawet codziennego życia) lokalnej drużyny może otrzeć się o niemożliwość. Pewnie, że wygodniej jest zasiąść przed ekranem swojego komputera i mądrzyć się na różne tematy, popijający przy okazji kawę i słuchać ulubionej muzyki. Ale nie na tym polega praca dziennikarza. Jego obowiązki to, wbrew pozorom, strasznie ciężki kawałek chleba. Miałem możliwość osobiście się o tym przekonać, podczas praktyk w Radiu Wrocław. Dziennikarz to osoba non stop na biegu. Połączenie pisarza z detektywem, psychologa z pokerzystą, humanisty z matematycznym świrem. Nie jest się dziennikarzem, jeśli swą działalność ogranicza się do prowadzenia autorskiego bloga. Jeśli ktoś tak myśli, powinien w tym momencie przejrzeć wszelkie oferty pracy, odhaczając w filtrach zakładkę „media”.

Ja kiedyś też myślałem, że prowadząc blog stanę się młodą gwiazdą dziennikarstwa internetowego. Bardzo szybko zszedłem na ziemię, o czym pisałem w pierwszej notatce „Gola Niedzielnego”. Dziś, jak skrzętnie zauważa Stanowski, blog o tematyce ogólnej (odtwórczej) należy traktować jak hobby. Ja pójdę dalej i nazwę internetowe dzienniki, współczesną filatelistyką. To nic innego jak zabicie czasu, podzielenie się własnym zdaniem, ale formalnie będące wielkim klaserem, który uzupełnia się znaczkami pod postacią wpisów. Jeśli ktoś chce nazywać się dziennikarzem, powinien zgarnąć szybko notesik z ołówkiem, pobiec na najbliższe wydarzenie sportowe w mieście (c’mon! Tak niewiele osób pisze o boksie, piłce ręcznej itd. Te dyscypliny istnieją w tym kraju!) i skręcić artykulik, wyróżniający się spośród innych, zalewających sieć. Gorzej, jeśli ktoś nazywa samego siebie „przyszłym dziennikarzem”. Kiedy zatem się nim stanie? Jutro? Za rok? Odpowiedź jest jedna: nie stanie się nim nigdy. Będzie czekał na cud, który nie nastąpi, będzie szukał dla siebie miejsca w redakcjach, a te już dawno zagrzeją się od spoconych tyłków osób bardziej zdecydowanych i mających też więcej szczęścia.

Nie każdy ma takie same szanse na wyjście do ludzi i robienie dobrych materiałów. „Ruszenie dupy” to rada najprostsza z możliwych. Zresztą nieco słaba, bo nic nie wnosi do doświadczenia. Ja dorzucę coś od siebie. Załap się na jakiś staż, poszukaj praktyki. Jeśli studiujesz, to i tak cię ona nie ominie. A naprawdę nie jest to trudne. Zdecydowanie gorzej jest już podczas samej działalności w redakcji. Tam czeka na Ciebie mnóstwo przeszkód od osób, którym zwyczajnie będziesz przeszkadzał. Chyba, że wykażesz się sprytem i skleisz coś naprawdę dobrego. Wtedy wygrałeś bitwę. Ja niestety swoją przegrałem i bardzo żałuję. Teraz siedzę i wymyślam błahe mądrości. Tyle tylko, że kariera dziennikarska przestała zakrzątać mi głowę. Mam świadomość, że mogę skończyć gdzieś zupełnie indziej. Ba! Pisanie traktuję obecnie właśnie jako hobby, a nie eksperckie wyżycie się.

Wspomniałem, że „Gol Niedzielny” będzie obchodził małe urodziny. Zastanowiłem się, czy wszelkie założenia sprzed pół roku zostały spełnione. Jestem wniebowzięty, ponieważ tak się właśnie stało. Zgodnie z planem, przestałem traktować blog, jako platformę do zyskania sławy. Spamuję ludziom na tablicach Facebooka i Twittera, ale mam zamiar to ograniczyć. Tak jak pisałem 17.10.2012, znalazłem swoje miejsce w sieci. Mam osobisty śmietnik dla moich futbolowych myśli. Wrzucam tu jednak odpady przemyślane, niemalże posegregowane. Wyrabiam sobie zmysł pisania. Nie liżę czytelnikowi jaj, ale przedstawiam swój punkt widzenia. Jeśli ktoś myśli inaczej, to niech zachowa to dla siebie. Ja jestem z siebie zadowolony. Od kiedy mam „Gola…” przestałem także tytułować się w głupi sposób. Nie jestem ani publicystą, ani nawet blogerem. Zawszę mówię, że prowadzę blog. Coś tam sobie piszę.

Jeszcze raz wrócę do pierwszej notatki mego sieciowego dziennika (a raczej tygodnika). Jej tytuł brzmiał „Słowem wstępu”. Dziś chciałem zatytułować wpis „Słowem rozwinięcia”, ale to znaczyłoby, że za jakiś czas musiałbym wstawić tu wiadomość o nazwie „Słowem zakończenia”. A na to, chwała Bogu Autorowi, się nie zanosi.

Dzięki za zaglądanie tu w każdą niedzielę, wybaczcie niektóre pominięte wpisy, ja też mam święta i raz na jakiś czas kaca-mordercę. 




0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Gol niedzielny Copyright © 2011-2012 | Powered by Blogger