Witaj z powrotem Tito!

niedziela, 17 lutego 2013


Legenda powróciła do Europy. Tak, Didiera Drogbę trzeba nazwać legendą. Jego postać jest jedną z najbardziej charakterystycznych w nowoczesnej historii futbolu. Za kilkanaście lat, kiedy to będziemy swoim dzieciom opowiadać o najlepszych piłkarzach naszej młodości, gdzieś między Messim a Ronaldo, powinno znaleźć się miejsce właśnie dla popularnego Super Tito- piłkarza kompletnego, łowcy goli a nie plebiscytów. 

Transfer Drogby do Galatasaray jest dla niego niczym powrót do świata żywych po śmierci klinicznej. Chińska przygoda dla reprezentanta Wybrzeża Kości Słoniowej okazała się kompletną klapą. Z całym szacunkiem dla wszystkich egzotycznych lig futbolowych, ale jeszcze wiele wody w Wiśle musi upłynąć, kiedy to prestiż rozgrywek chińskich, katarskich lub filipińskich choć trochę przybliży się do europejskiego. Jak się okazuje, ogromne pieniądze wydawane na piłkarzy to nie wszystko. Poziom gry danego kraju jest wypadkową wielu czynników, a sprowadzanie za grube dolary znanych na cały świat nazwisk, które zbliżają się do piłkarskiej emerytury, nie sprawia, że nagle wszyscy kibice zaczną się emocjonować azjatyckimi rozgrywkami. Kiedy Drogba opuszczał latem Chelsea na rzecz Szanghaju Shenhua, wiadome było, że skazuje się na swego rodzaju zapomnienie. Silniejsze od łez kibiców The Blues, okazały się oferowane przez Chińczyków pieniądze i chęć przygody. Dziś Drogba powrócił do Europy i zaczyna na nowo czarować. Gol strzelony w debiutanckim występie dla Galatasaray zapowiada, że zanim kapitan Wybrzeża Kości Słoniowej zawiesi buty na kołku, zdąży jeszcze ponękać obrońców drużyny rywala.


Drogba postawił sobie obecnie bardzo prosty cel- chce ze swoim nowym zespołem sięgnąć po Mistrzostwo Turcji. Zadanie oczywiście niełatwe, ale jak najbardziej realne. Galatasaray nie tylko zadbało o wzmocnienie linii ataku, lecz także pomocy. Nasz dzisiejszy bohater będzie dostawał piłki od innego, totalnie zapomnianego piłkarza, który swego czasu miał swoje pięć minut. O takim plejmejkerze jak Wesley Sneijder, Tito mógł w Chinach tylko pomarzyć. W Turcji znów zacznie obcować z piłkarzami najlepszymi, co miejmy nadzieję zaprocentuje taką grą, do jakiej nas przyzwyczaił podczas reprezentowania barw Chelsea.

No właśnie, co z byłym zespołem Drogby? Teraz, kiedy klub ze Stamford Bridge poszukuje skutecznego napastnika niemal na gwałt, nikt nie postarał się, by namówić swego byłego super snajpera na powrót do Londynu. Szkoda, bo obie strony mogły na tym sporo zyskać. Być może ktoś zarzuciłby Didierowi rozmienianie się na drobne i ponowne wejście „do tej samej rzeki”. Każdy kibic Chelsea jednak rozumie, czym byłoby ponowne zobaczenie idola ostatnich lat w charakterystycznym dla londyńskiego zespołu niebieskim trykocie.

 Tak czy inaczej, Didier witaj znów wśród żywych!




Odpad dawnego pomysłu

niedziela, 10 lutego 2013


Trudno nie zgodzić się z ostatnią wypowiedzią Romana Koseckiego, w której to były reprezentant Polski nazywa obecnych zawodników kadry „panienkami”. Środowy mecz z Irlandią pokazał, że nasza drużyna narodowa jest zbiorem indywidualności różnych maści, niepotrafiących znaleźć wspólnego języka na boisku i poza nim. Piłkarze, od których kibice wymagają gry na wyższym poziomie, biegają z orłem na piersi bez zaangażowania i chęci walki. Nie trzeba nawet wskazywać na nikogo konkretnego palcem, aby wymienić co najmniej trzech kadrowych obiboków. O jednym z nich pisałem kilka tygodni temu tutaj. Teraz polskiej gwiazdce damy spokój, choć palce same wyrywają się do napisania kilku słów o kolejnej bramce tego jegomościa w Bundeslidze, kilkadziesiąt godzin po wspomnianym, nieudolnym meczu z Irlandczykami.

Dziś na tapetę rzucimy sobie kadrowicza z odzysku. Określenie „panienki” autorstwa Romana Koseckiego pasuje do stylu gry dzisiejszego bohatera jak ulał. Oczywiście w kontekście gry w reprezentacji. W barwach klubowych Ludovic Obraniak (bo o nim tu mowa) radzi sobie całkiem nieźle. W Bordeaux zagrał w tym sezonie dwadzieścia razy, strzelił pięć goli i trzy razy asystował przy trafieniach kolegów. Ostatnia bramka naszego reprezentanta została strzelona tuż przed zgrupowaniem z ostatniego tygodnia. Pech jednak chce, że kiedy tylko popularny Ludo przyodzieje biało-czerwony trykot, to niczym za dotknięciem magicznej różdżki, ulatuje z niego powietrze. W efekcie widzimy nieudolną grę naburmuszonego dzieciaka, który zbliża się do trzydziestki.

Zwróćmy uwagę na banalną sytuację, znaną doskonale chociażby z boisk lig okręgowych i niższych: kiedy prowadzimy piłkę przy nodze i nieszczęśliwie tracimy ją na rzecz przeciwnika, to za wszelką cenę staramy się naprawić własny błąd. W tym celu gnamy za rywalem, by jak najszybciej odebrać mu futbolówkę. Prawda, że proste? Jak się okazuje, nie dla wszystkich, bo w identycznej sytuacji Obraniak znalazł się w środę kilka razy. Po jednej z takich strat stanął z grymasem na twarzy i wyrażał swą dezaprobatę w bliżej nieokreślonym kierunku. Ta wyrwana z całego meczu sytuacja sprawiła, że moja cierpliwość do Obraniaka się skończyła. Długo byłem tolerancyjny dla jego obecności w kadrze. Wydawało mi się zawsze, że zawodnik z polskim paszportem, grający często w klubie, miejsce w reprezentacji mieć po prostu musi. Jak widać niekoniecznie.

Jaki mamy dziś pożytek z Obraniaka? Żaden. Jest on ubocznym produktem, żeby nie powiedzieć odpadem, desperackiej koncepcji wyszukiwania za granicą grajków z polskimi korzeniami. Na siłę chcieliśmy uniknąć błędów przypominających przepuszczenie przez palce talentu Lukasza Podolskiego. Efektem tych działań jest właśnie obecność Ludovica w kadrze. Nie mówię, że Ludo jest piłkarzem złym. Jest piłkarzem niewdzięcznym. Słaba gra w naszych barwach to wynik braku rywalizacji na pozycji rozgrywającego w ekipie Waldemara Fornalika, a wcześniej Franciszka Smudy. Obraniak nie czuje na karku oddechu rywali, którzy z chęcią zajęliby jego miejsce w drużynie narodowej. Trafił się nam grajek z zachodu, mający o sobie zbyt duże mniemanie, a nie udowadniający na boisku swoją wartość. Być może problem leży gdzie indziej. Podobno Ludo nie cieszy się sympatią pozostałych kadrowiczów. Patrząc na jego boiskowe zachowanie wcale się nie dziwię. Jest jeszcze jedna hipoteza odnośnie mizernej postawy Obraniaka w kadrze. Określa ją słynne powiedzenie jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze.

Jak temu zaradzić? W bardzo prosty sposób: zrezygnować na jakiś czas z usług piłkarza Bordeaux. Takie posunięcie zakończy się jednym z dwóch możliwych scenariuszy. Albo reprezentant z odzysku obrazi się na ojczyznę własnego dziadka i nigdy więcej nie ubierze biało-czerwonego stroju (co udowodniłoby, gdzie tak naprawdę Obraniak ma nasz kraj i grę dla niego), albo spokornieje i po krótkiej nieobecności zacznie na boisku dawać z siebie wszystko. Rozwiązanie łatwe, pozbawione zbędnych analiz i pseudoznawczych filozoficznych wywodów. Kadra na tym nic nie straci, a tylko może zyskać. Rzecz w tym, że Fornalik nie chce narazić się części kibiców i nie ma na tyle odwagi, by zrezygnować z Ludovica. A szkoda, bo takie posunięcie nie tylko mogłoby skarcić samego zainteresowanego, ale także innych reprezentacyjnych leniów.

Obraniak jest pierwszym wielkim „odpadem” koncepcji szukania polskich zawodników za granicą. W jego rozumowaniu wygląda to tak, jak gdyby jego obecność w kadrze była dla nas wybawieniem, a on sam był super bohaterem. Mam nadzieję, że szybko przekona się o tym, w jakim był błędzie. Gra dla kadry to zaszczyt, więc warto ją docenić.

*Wpis jest efektem przemyśleń i odczuć autora, a nie nieuzasadnioną krytyką i kaprysem.






Ogłoszenie 2

niedziela, 27 stycznia 2013
Drodzy czytelnicy!
Niestety stało się to, czego bardzo się obawiałem w momencie zakładania tego bloga. Mianowicie, obowiązki szkolne nie pozwalają mi na poświęcenie dwóch godzinek, które spożytkowałbym na publikację ciekawego wpisu. Sesja jest jednak nieubłagana. Aktualnie, oprócz nauki do egzaminów, całkowicie zajęło mnie pisanie pacy zaliczeniowej z Wiedzy o kulturze. Poruszam w niej kwestię kibicowania i poszukiwania własnej tożsamości. Dlatego też odwołuję dzisiejszy wpis i najprawdopodobniej także kolejny. Wrócę, jak tylko sesyjny koszmar minie w zapomnienie. Mam nadzieję, że z dwa tygodnie będzie już po wszystkim.
Miłej niedzieli życzę!
Autor.

Wpis wyjątkowo niepiłkarski

niedziela, 20 stycznia 2013


Nie, nie byłem i nie jestem fanem kolarstwa. Wręcz przeciwnie. Gdy jako dziecko włączałem Eurosport i natykałem się na Tour de France czy inne Vuelta Espana, to zmieniałem kanał w mgnieniu oka. Ale o Armstrongu i jego dominacji zdawałem sobie sprawę doskonale. Choć nie śledziłem rowerowych wyścigów, to wiedziałem, że Amerykanin w kwiecie swej kariery był kolarskim posągiem, legendą i mitycznym bohaterem. Gdzieś w mej sportowej świadomości tworzył pewien kanon współczesnych mi wielkich sportsmenów, którymi zachwycał się świat. Mogłeś nie oglądać kolarstwa, ale musiałeś wiedzieć, że Armstrong jest najlepszy na świecie. Był Messim „dwóch kółek”, totalnym robotem, który miażdżył rywali, a piekielnie trudne trasy wyścigów przemierzał jak błyskawica. Na dodatek wygrał walkę z nowotworem. Nawet dla nieuświadomionych (takich jak ja), Armstrong był synonimem niemal ideału. Kilka dni temu wszystko to legło w gruzach. Posypało się jak domek  kart na wietrze. Dziś temu wydarzeniu chcę poświęcić słów kilka. Niezainteresowanych przepraszam.

Wywiad-spowiedź Armstronga sprzed kilku dni poruszył mnie do tego stopnia, że zrezygnowałem z piłkarskiego wpisu (mimo natury tego bloga). Nie jestem w stanie wytłumaczyć dlaczego. Jak wspomniałem, fanem kolarstwa nie jestem. Stoję murem za prymitywną tezą, że wszyscy kolarze się dopingują. Szkoda mi czasu na oglądanie zawodów, których zwycięzca za jakieś pół roku zostanie oskarżony o stosowanie niedozwolonych środków. Dlatego nie mam pojęcia także, dlaczego naiwnie wierzyłem w czystość Armstronga. A wierzyłem mocno. Uważałem zamieszanie wokół jego zwycięstw w Tour de France za medialną nagonkę i pogoń za sensacją. Nie mogłem sobie wyobrazić, że legenda kolarstwa z czasów mojej młodości mogła okazać się oszustem. Może przesadzę, ale to tak, jakby nagle na światło dzienne wyszło, że Schumacher, Małysz, i Kliczkowie również grali nie fair i uciekali się do niedozwolonych środków. I o ile, wyżej wymieniona czwórka jest czysta jak łza, tak bohater dzisiejszej notki sam przyznał się do oszustwa. I to grubymi nićmi szytego.

Jego legenda rozsypała się w piątek w drobny mak. Przez wiele lat zapewniał, że był czysty i swe wielkie zwycięstwa uzyskiwał bez dopingu. Z czasem, materiał dowodowy zbierany przeciw kolarzowi rozrósł się do wielkich rozmiarów, a Armstrong nadal utrzymywał się przy swoim. Kilka miesięcy temu siedmiokrotny tryumfator Tour de France zastosował pokerową zagrywkę. Zdecydował się dłużej nie walczyć i zrezygnował ze zdobytych laurów. Oczywiście tylko formalnie, bo choć na papierze był zdyskwalifikowanym zawodnikiem, to w świadomości kibiców był legendą, na którą uwzięła antydopingowa hołota. Kiedy wreszcie materiał dowodowy był na tyle mocny, że stawiał Armstronga pod ścianą, ten w oficjalnym wywiadzie przyznaje się do winy. Bez skrupułów odpowiada twierdząco na pytania typu: Stosowałeś EPO? I nagle pryska czar tytanicznego sportowca. Miliony zawiedzionych fanów ogląda zeznanie Armstronga, szczegóły jego chytrego planu, który przyniósł mu wielką sławę, pieniądze i uznanie. Opowiada jak z dziecinną łatwością oszukał kontrole antydopingowe, kolegów po fachu i miłośników kolarstwa. Od bohatera stał się ikoną przeciwników tej dyscypliny sportu. Nie przeprosił za swe zachowanie. Tylko i wyłącznie przytaczał kolejne historie. Na naszych oczach runął pomnik sportowca- prawdziwego atlety. Media wykreowały go na Pana Życia i Śmierci. O ile tej drugiej uciekł spod kosy, o tyle to pierwsze właśnie zrzuciło go z piedestału.

Koniec legendy Armstronga boli mnie pewnie dlatego, że przez wiele lat byłem zapewniany o jego wyjątkowości. Zostałem nakarmiony bajką o niezwykłym człowieku, który mimo złośliwości losu osiąga najwyższe cele. W dzisiejszym świecie lubimy takie historie gloryfikować. Ta Armstronga właśnie się skończyła. A ja, choć jak zapewniam już trzeci raz, fanem kolarstwa nie jestem, muszę zrewolucjonizować swą sportową świadomość. Muszę wiedzieć, że każdy sportowiec jest potencjalnym dopingowiczem. Teza odważna, ale prawdziwa, nie jest odkrywcza, ale bolesna. Gdzieś muszę się pogodzić, że postrzeganie sportu, jako wszelkiej cnoty i gry fair, skończyło się wraz z okresem dojrzewania. Muszę mieć na uwadze, że podobne afery mogą mieć jeszcze miejsce nie raz. Kilkakrotnie możemy zostać wprowadzeni do wielkiego świata przekrętów, niedostępnego dla przeciętnego mieszkańca naszej planety. Odkryta zostanie wielka tajemnica, która na nowo zszokuje i niektórych przygnębi. Tak jak to miało miejsce w przypadku Armstronga.

Samego kolarza oceniać nie chcę. Za dużo ciężkich słów mogłoby paść na łamach tego wpisu, lub zbyt wiele cukierkowych określeń. Wiem tylko, że nie uwierzę już w żadne słowo wypowiedziane z jego ust. Osobiście życzę mu wszystkiego dobrego.


Nikt do niczego mnie nie zmuszał,
Żal mi bardzo moich fanów,
No chyba, że zwykła ludzka słabość,
Wśród naszprycowanych panów.

Z mych ust płyną słowa spowiedzi,
W oddechu czuję zapach kortyzolu,
Nie przepraszam, tylko mówię,
Skrupuły zostawiłem w holu.

W kalendarzu tkwiła siła,
Oszukania panów w białych fartuchach,
Nie przepraszam, tylko mówię,
Skrupuły zostawiłem w brudnych ciuchach.

Każdy bierze- mówili,
Na mych rękach czuję dowód zbrodni,
Hormon wzrostu, krew z woreczka,
Specjaliści niezawodni!

Na mej twarzy smutek, w duchu  zimna skała,
Nie próbuj wyczytać uczuć z moich oczu,
Bo choć smutny kulę się przed Wami,
To serce nadal mam w kolorze naszprycowanego moczu…

Ogłoszenie 1

niedziela, 13 stycznia 2013
Dzisiejszy wpis na blogu zostaje odwołany z przyczyn nawału pracy związanej z nadchodzącymi zaliczeniami i sesją. Zapraszam w przyszłym tygodniu!

Jacy widzowie i dziennikarze, taka telewizja

niedziela, 6 stycznia 2013


Cyrk wokół sprawy transmisji meczu Borussii z Szachtarem w szanownej Telewizji Polskiej, jest jak woda na młyn dla mojej wewnętrznej potrzeby hejtowania.  Od kilku dni toczy się zawzięta paplanina (chciałem napisać dyskusja, ale trudno tu mówić o jakiejkolwiek wymianie poglądów), pełna zdumienia, rozczarowania i wściekłości. „Bo jak tak może być? Żebym JA, szanowny kibic i znawca europejskiej piłki, a jednocześnie uczciwy obywatel, płacący sumiennie abonament, musiał oglądać potyczkę Niemców z Ukraińcami, kiedy w tym samym czasie Real gra z Manchesterem?!”. Ano jak widać może, bo zarówno Ty, drogi czytelniku, ja oraz sama publiczna TV doprowadziliśmy wspólnie do tego, że na naszych ekranach pojawia się towar wadliwy i popsuty (lub co najmniej gorszej jakości), zamiast produktu ekskluzywnego.

Czego można było się spodziewać po Telewizji Polskiej? Tej samej, której redakcja sportowa jest żywcem wyjęta ze średniowiecza. Abstrahuję od tu od kwestii czysto technicznych, bo sam mogę na chwilę obecną tylko marzyć o tym, by chociaż liznąć pracy w takich warunkach. Zarzuty swe kieruję do samych dziennikarzy, którzy swą wiedzą zadziwiają tylko mało zorientowanego widza (ewentualnie wszystkich, podczas komentowania walk taekwondo). W tej samej telewizji za ekspertów w studiu robią ludzie, którzy na sporcie znają się jak ja na barokowych malowidłach. Podczas Euro 2012, na słynnym już „Dachu Wedla”, sympatyczny Maciej Kurzajewski wypytywał o kwestie piłkarskie Artura Barcisia, czyli popularnego Norka z „Miodowych lat”. Jedynym ówczesnym gościem wspomnianego dziennikarza, który obecnie ludziom mocniej kojarzy się z programem „Kocham Cię Polsko!” niż z działalnością sportową, jakkolwiek kojarzącym się z futbolem, była… Maryla Rodowicz. To jeszcze nie koniec. Ostatnio TVP odkryła całą masę znawców teorii biegów narciarskich. I tak, o występach Justyny Kowalczyk wypowiadają się np. Piotr Gąsowski i Majka Jeżowska. Mecze piłkarskie (jeśli w ogóle pojawią się na antenie) komentuje legendarny już Dariusz Szpakowski. Osobiście uwielbiam tego Pana, bo potrafi budować napięcie i jego głosu mogą pozazdrościć mu młodsi koledzy z branży. Szkoda tylko, że Pan Dariusz pojęcie o współczesnej piłce ma znikome. Wie gdzie gra Lewandowski, Błaszczykowski i Piszczek; wie kto jest trenerem kadry, jednak szczerze wątpię, by tydzień w tydzień zasiadał przed teleodbiornikiem i śledził rozgrywki w Anglii, Hiszpanii, Włoszech itd. Proszę wybaczyć, ale tak wyobrażam sobie domowe obowiązki kogoś, kto chce nazywać siebie dziennikarzem sportowym. Jeśli ich nie wypełnia, to sam skazuje siebie na pożarcie przez konkurencję.

Ci właśnie ludzie zadecydowali, by zamiast potyczki Realu z Manchesterem, przeciętny widz oglądał „szlagier” Borussi z Szachtarem. Ja narzekać na ten werdykt nie chcę, bo uważam, że i tak trzeba się cieszyć z tego, że TVP pokaże jakikolwiek mecz Champions League.

Jak wspominałem, sami nie jesteśmy bez winy. Telewizja jest dla masy i dla niej właśnie przygotowuje program. Na każdym kroku karmimy siebie wieściami o „wielkiej trójcy” z Dortmundu, więc Lewandowski i spółka stali się „towarem” pożądanym. Większość kibiców w Polsce to „niedzielni fani”. Oglądają wydarzenia sportowe tylko wtedy, gdy grają Polacy lub kiedy pokłócą się z żonami i mają dość tolerowania „Barw Szczęścia” na swym plazmowym telewizorze. Jeśli mają okazję zobaczyć na żywo poczynania trzech swoich rodaków w Lidze Mistrzów, to bez wątpienia włączą kanał numer 1 i poświęcą dziewięćdziesiąt minut wolnego czasu na obejrzenie meczu właśnie Borussi, zamiast starcia Realu z Man United. Prawdziwych futbolowych freaków jest zdecydowanie mniej i ich głos sprzeciwu śmieszy mnie najbardziej. Skoro jesteś tak zakręcony na punkcie piłki, to pewnie uzbroiłeś się w cyfrową platformę, która daje Ci możliwość oglądania wszystkich spotkań Champions League. Nie? W takim razie włącz sobie pirackiego internetowego streama i tam, w garażowych warunkach oglądaj wybrany mecz. Robisz tak każdego weekendu, więc czy kolejne piłkarskie święto  obserwowane w ten sposób zrobi Ci różnicę? Błagam tylko, nie broń się płaconym abonamentem. Kiedy w publicznej TV leci denny „Ojciec Mateusz”, „M jak Miłość” lub inna pseudorozrywka, wówczas nie przeszkadza Ci to, na co przeznaczony jest Twój abonament. Teraz czujesz się wyjątkowo oszukany.

A TVP zagrała Nam na nosie i broni się w łatwy sposób. „Robiliśmy sondaże podczas fazy grupowej i zawsze wygrywała Borussia. Dlatego to jej mecz pokażemy”. I słusznie. Gdybym miał firmę produkującą koszulki i miałbym do wyboru robić te z zawsze modnym nadrukiem A i nowym, coraz popularniejszym nadrukiem B, to tworzyłbym w większej ilości te, które lepiej się sprzedają. Logika prosta jak pierdzenie. Jak słusznie też zauważył dziennikarz Michał Pol, trudno sobie wyobrazić, co by było gdyby to wybór padł właśnie na pokazanie meczu Realu, a ten okazałby się klapą.
           
Dlatego oszczędźmy sobie nerwów. TVP nie jest bez winy, ale i my święci nie jesteśmy. Też wolałbym obejrzeć starcie dwóch gigantów, zamiast potyczki w piaskownicy. Nie jestem jednak tym werdyktem wyjątkowo zdziwiony i czuję, że podobne wybory padną nie raz.  Zamiast bić pianę, wolę pośmiać się z tego typu gifów (i Wam też to radzę).



Notatka świąteczna + Milik Bonus

niedziela, 23 grudnia 2012


Dzisiejszy wpis będzie króciutki i mało piłkarski. Atmosfera świąt wpłynęła na mnie już na tyle, że rozleniwiłem się do granic możliwości, więc pozwolę sobie tylko zamieścić płynące ze szczerego serca życzenia bożonarodzeniowe i noworoczne.

Wszystkim, którzy tu zaglądają i pochylają się nad moimi wypocinami, chciałbym życzyć prawdziwie rodzinnych świąt, przepełnionych błogim odpoczynkiem, uśmiechem na twarzach, pysznym jedzeniem oraz trafionymi prezentami. W nowym roku życzę Wam więcej cierpliwości, konsekwencji, zdrowia i jeszcze więcej futbolowych emocji.

Chciałbym także serdecznie podziękować za to, że w każdą niedzielę garstka osób poświęca chwilę swojego wolnego czasu i śledzi kolejne wpisy publikowane na tym blogu. Mam nadzieję, że w nowym roku nie braknie mi zapału do dalszego pisania i nadal będę mógł spamować wasze tablice na Facebooku i Twitterze nowymi postami.

Jeszcze raz wszystkiego dobrego i do zobaczyska w pierwszą niedzielę stycznia!


PS Przypomniałem sobie właśnie, że dokładnie dwa lata temu, na swoim poprzednim blogu poruszyłem temat transferu Sławomira Peszki do FC Koln. Nazwałem wówczas polskiego piłkarza "ryzykantem" i zastanawiałem się, czy postąpił słusznie, odchodząc z Poznania. Czas pokazał, że decyzja była dobra, tyle że sam Peszko nie potrafił zachowywać się poza boiskiem i szansę na większą karierę zagrzebał głęboko w ziemi. Piszę o tym teraz, ponieważ jesteśmy na fali transferu Arkadiusza Milika do Leverkusen. Byłego już piłkarza Górnika Zabrze nie nazwę jednak "ryzykantem". Decyzja o wyjeździe do Niemiec jest jak najbardziej zrozumiała. Na jego miejscu postąpiłbym identycznie. Jasna sprawa, że może sobie nie poradzić i zginąć w rezerwach klubu. Z drugiej strony Niemcy nauczą go prawdziwej gry w piłkę, a nie "polskiej prowizorki". Do ojczyzny zawsze może powrócić. Teraz należało wykorzystać szansę, która mogła się później nie powtórzyć. Dlatego trzymajmy za Milika kciuki i wypatrujmy, aż zacznie zachwycać kibiców zza naszej zachodniej granicy tak samo, jak chociażby Robert Lewandowski.
 

Gol niedzielny Copyright © 2011-2012 | Powered by Blogger